Menu

Szastprast

O szkodliwości życiowej mądrości czyli o tym, jak pięknie byłoby być bezgranicznie niedoświadczonym życiowo, całkowicie ogłupiałym od szczęścia i beztroski lekkoduchem. Nieogłupiałym, którzy muszą o swoje szczęście nieco powalczyć dedykuję moje bazgroły. Ogłupiałych zapraszam do poszerzenia horyzontów.

Lamentum

monk73

Mówią, że jak poniedziałek zaczął się dobrze to zło pierdolnie znienacka.

 W poniedziałek rano obudziłam się z głębokim przeczuciem, że wydarzy się coś niezwykłego. Nie wiem skąd ale wiedziałam. Czułam. Od rana wszystko szło jak po maśle. Żadnych awantur a Młodym, ze wszystkim zdążałam, nikt mnie nie obtrąbił w drodze do pracy i nawet się nie spóźniłam. Brak trąbienia i wygrażania pięściami uznałam za naprawdę dobry znak bo od kiedy przerzutki odmówiły mi współpracy, mój rower ma przyspieszenie ślimaka z niedowładem nogi. Staram się jak tylko mogę unikać jazdy ulicą ale czasem się nie da a to niestety generuje jawny konflikt z kierowcami, którzy – jak wiadomo – „muszą zdążyć”.
Pierwsza miła niespodzianka przyszła jeszcze przed południem. Telefon od Johanki. Nie widziałyśmy się kilka lat co absolutnie nie przeszkadza nam niezmiennie, co kilka miesięcy umawiać się na spotkanie. Za każdym razem obiecujemy sobie, że teraz to już na pewno i na bank się spotykamy. I zawsze ma być tak pięknie a jest jak zwykle: dzieci, chłopy, Japończycy i dupa blada. Kiedy zupełnie bez okazji na wyświetlaczu dzwoniącego telefonu zobaczyłam numer Johanki, naprawdę się ucieszyłam. Pogadałyśmy o domach na Podlasiu i zwyczajowo umówiłyśmy się na bliżej nieokreśloną przyszłość. Niespodziewanie dla mnie samej ogromnie mnie ucieszył ten telefon bo ostatnio nachodziły mnie okropne myśli. Że wszyscy znajomi o mnie zapomnieli i że już tak zawsze będę w chałupie siedzieć i tyć. I nawet nie mogę mieć do nikogo pretensji. Na jakąkolwiek propozycję przeważnie odpowiadam, że nie mogę, nie mam z kim Młodego zostawić, albo zwierząt albo zwyczajnie ryję ryjkiem w piach a w perspektywie jeszcze pranie, obiad i zakupy. Ale jednak refleksja taka mnie naszła. Ogólnie tak. Nad życiem, co mija jak szalone i jeżeli tak w całkowitym odosobnieniu ma mijać to trochę strasznie. Telefon od Johanki tchnął we mnie nadzieję, że może nie wszystko stracone. I pomimo, że sama ją o te chaty na Podlasiu pytałam na fejsie to i tak ucieszyło mnie, że zadzwoniła a nie tylko odpisała.
Wieczorem zaskoczył mnie kolejny telefon. Tak bardzo mnie zaskoczył, że mi kanapka z ręki wypadła. Zadzwoniła Margaretka, żeby zapytać co słychać i umówić się na płoty. Ona! Zadzwoniła do mnie! SAMA! To już naprawdę zakrawało na kosmiczny spisek. Ostatni raz widziałyśmy się w maju w Bieszczadach. A potem... dzieci, chłopy, Japończycy czyli jak zwykle. Dzwoniła z samochodu więc umówiłyśmy się, że jak dojedzie do domu i sprawdzi kalendarz to odezwie się i zaproponuje któryś piątek celem odbycia sabatu. Pomyślałam "Dobra nasza! Nie sczeznę tu samotnie tyjąc!"

Nie odezwała się. Mnie wciągnęło dziecko, ją pewnie Japończycy więc zupełnie niezdziwiona, we wtorek rano wysłałam wiadomość żeby ogarnęła kalendarz. Odpisała, że zapomniała bo się tyle wydarzyło... kolega, którego chyba nie znałam, z Łodzi, na zawał był zszedł. Wiktor. Trochę mnie zmroziło bo znam jednego Wiktora ale to chłop w kwiecie wieku, chyba nawet młodszy ode mnie i chyba nie z Łodzi i chrapie tak koszmarnie, że nie mógłby umrzeć tak całkiem na śmierć bo sam by siebie obudził. Czyli nie znam. Ostatecznie nie jednemu chłopu Wiktor. Przykro mi było to słyszeć ale dogoniła mnie robota i nie mogąc już dłużej rozmawiać zajęłam się doczesnymi sprawami. Udany tydzień wyglądał już nieco mniej udanie.
W ciągu dnia zadzwoniła do mnie kuzynka, z którą nie gadałam kupę czasu. Ucieszyłam się choć sprawa, z którą zadzwoniła, jeszcze bardziej zepsuła mi humor. Coś sobie w cycku wyhodowała i szukała telefonów do Czarnoksiężnika za PUM. To na pewno fałszywy alarm ale dostałam gęsiej skórki. Pogadałyśmy o różnych opcjach i "będziemy w kontakcie".

W środę rano udało mi się złapać pana Michała ze świetlicy i wyjaśnić pewne zależności pomiędzy niewłaściwym zachowaniem Młodego a niezrównoważeniem emocjonalnym kolegi z klasy. O dziwo spotkałam się z pełnym zrozumieniem a tym samym już o ósmej rano środę zaliczyłam do udanych.

Zło pierdolnęło w czwartek. Najźlejsze zło.

Mój ulubiony dzień tygodnia. W pracy już nikt nie ma na nic siły i działamy tylko siłą rozpędu, z utęsknieniem czekając na piątek kiedy to oficjalnie ciągniemy na oparach. Czwartki są fajne. W czwartek dostałam piątkę na maturze z getry, w czwartek zdałam egzamin na prawko i w czwartek wygram w totka. Lubię czwartki.

Ale nie ten czwartek. W ten czwartek odebrałam maila od przyjaciela. Pisał w nim o tym, że pewnie wiemy, że Wiktor odszedł i że w to nie może uwierzyć. Dalej było o pogrzebie, i o stypie i o ostatnim spotkaniu z Wiktorem ale bez niego i w ogóle coraz mniej rozumiałam co czytam. I wrzucił zdjęcie. Zamarłam. Przeczytałam jeszcze raz maila, gdzieś mignęło mi imię... Tak miała na imię Lepsza Połowa Wiktora, którego znałam. Tego co chrapał i tego nie z Łodzi. Ale to przecież niemożliwe. Wiktor, którego znałam to facet w pełni sił, życia, energii, z pomysłami i planami. Nie znałam go dobrze ale to taki typ, którego nie musisz znać, żeby do rana gadać o sprawach najważniejszych albo o dupie Maryni. Niemożliwa gaduła, gość, którego wszędzie pełno. Możesz go nie znać ale jak się pojawi w towarzystwie to na pewno go nie przeoczysz. Będzie tam gdzie ludzie śmieją się najgłośniej. Przynajmniej tak go zapamiętałam z kajaków, kilku imprez i z Bieszczad. Stamtąd szczególnie bo z racji zajmowania z Młodym czteroosobowego pokoju dostałam Wiktora z córką Wiktorią w bonusie na kilka nocy. A właściwie tylko córkę dostałam bo chłop tak chrapał, że został wyeksmitowany na kanapę w salonie. Strasznie dziewczynę po tych Bieszczadach przegonił. Opatrywał potem troskliwie jej poranione stopy ale i tak mu powiedziałam, że jest nienormalny. 

To nie mógł być TEN Wiktor. Takie Wiktory nigdzie nie odchodzą!

A jednak.

Tłucze mi się po głowie jakaś zwariowana historia ze spadochronem czy lotnią czy innym kajtem, którą opowiadał na Mazurach a wszyscy płakali ze śmiechu. I ta jego mina, kiedy w Bieszczadach zerwał się przerażony z łóżka w środku nocy jak próbowałam go dźgnąć kijem żeby przestał chrapać. A potem bał się zasnąć żebym to jednak nie zdzieliła.

Sama nie wiem czy żałować, że go lepiej nie znałam czy się cieszyć. Nie chce nawet myśleć, jak okropnie musi teraz być tym, którzy znali go lepiej. Bo skoro ja odczuję brak Wiktora to jak strasznie odczują to jego najbliżsi. Będzie trochę puściej na tym durnym świecie. I na pewno smutniej.

Na litość boską chłopie! Naprawdę są łatwiejsze i mniej ostateczne sposoby, żeby nakłonić ludzi do spotkania się miłym towarzystwie!

Gdziekolwiek poszedłeś, zarezerwuj najlepsze miejscówki i zamów napitki. Trochę tu jeszcze podokazujemy ale kiedyś Cię znajdziemy. W swoim czasie. I lepiej, żebyś miał coś na swoje usprawiedliwienie.

 

wiktor5

 

© Szastprast
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci